poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Rozdział Trzydziesty Drugi

ROZDZIAŁ TRZYDZIESTY DRUGI


            - Przecież ci powiedziałam. – pozwala sobie na uwolnienie tych słów, ale dopiero po wejściu do mieszkania i zajęciu miejsca na skórzanej kanapie. Podciąga kolana pod brodę, a następnie chowa twarz między nimi. Żadne z nich nie ma siły na spojrzenie sobie w oczy. Jego zdumiony wyraz twarzy już dawno zmienił się w niewyraźny grymas spowodowany bólem wywołanym jej obecnością. Krople potu spływają po jego czole, podnosi dłonie, by przejechać nimi po twarzy, wzdycha przy tym głośno. Podchodzi bliżej dziewczyny, ale odległość między nimi wyznacza ogromna bariera, której nie potrafi przekroczyć. Kuca, ocierając się plecami o szorstką fakturę mebla. Znajduje się dokładnie pod jej nogami.
            - Chcę poznać prawdziwy powód. – szepcze. Zaciska prawą dłoń na nadgarstku lewej ręki. Przez chwilę przygląda się błękitno-fioletowemu abstrakcyjnemu wzorowi, jaki tworzą żyły na jego jasnej skórze. Niezrozumiały bohomaz kontynuują linie papilarne splątane na dłoni chłopaka.
            - Nie ma prawdziwego powodu. Cokolwiek bym nie powiedziała, byłoby fałszywe. – dłuższe zastanowienie pomaga jej znaleźć odpowiednie słowa, by odpowiedzieć na pytanie. Brunet porusza się niespokojnie, nie do końca rozumiejąc treść wypowiedzi dziewczyny. Ta, wyczuwając jego zakłopotanie, dodaje – Nie wiem, dlaczego tu jestem. Nie umiem tego wyjaśnić. Każde inne wyjaśnienie byłoby kłamstwem. Wyszukanym, być może nawet pięknym, ale tylko kłamstwem.
            Słowa płynące z ust dziewczyny przywołują ciszę, której żadne z nich nie chce przełamać. Potrzebują chwili, która pozwoli im uporządkować kłębiące się w głowach myśli. W pomieszczeniu rozlega się dźwięk trzepotu skrzydeł muchy. Kaleczy ich uszy, niczym najpotężniejszy hałas. Owad zatrzymuje się na stoliku i wydaje się im przyglądać. Po chwili wznosi się i wylatuje przez otwarte okno. Delikatny podmuch powietrze wdziera się do środka i pozwala głębiej odetchnąć.
            - Nie chcę cię okłamywać. – ton jej głosu jest piskliwy, niemalże płaczliwy. Łka. Zmienia swoją pozycję na kanapie, opuszczając nogi i opiera się całymi plecami. Wpatruje się w jakiś punkt na ścianie, nie wie tego, ale siedzi w tym samym miejscu, jakie on zajmował wcześniej.
            - Cieszę się, że jesteś. – mówi, ale żałuje, że nie potrafił ugryźć się w język, bo czuje, że powinien milczeć. Rozgląda się po pokoju i sięga po pierwszą butelkę piwa, którą odnajdują jego oczy. Krztusi się mocnym zapachem, ale upija łyk.
            - Zostaw. – mówi pewnie, mimo łez. Ukłucie, jakie pojawia się na dnie jej serca jest silniejsze, niż by sobie tego życzyła. Brunet posłusznie odkłada trunek. Odwraca się i niechcący zatrzymuje w momencie, kiedy oczy spotykają na swojej drodze jej brązowe tęczówki. Przerażona dziewczyna zaciska powieki, ale on nie przerywa tej wymiany spojrzeń. Rudowłosa rozluźnia uścisk i delikatnie mruga, by przyzwyczaić się do obecnej sytuacji.
            - Cami... Czy ja? Czy my? – zadaje pytania, nie myśląc nad konsekwencjami odpowiedzi, jakie usłyszy. Desperacko pragnie jej dotyku i zapewnienia, że mu wybaczyła. Że wszystko będzie tak, jak było. Nie spuszcza wzroku z dziewczyny i widzi, że toczy ona dokładnie taką samą walkę sama ze sobą. Dziwne przeczucie podpowiada mu, że jest coś, o czym jeszcze nie wie i chyba wcale nie chce się tego dowiedzieć.
            - Nie. – odpowiada krótko, można to porównać do naciśnięcia spustu karabinu. Skutki działania również są podobne. Spodziewał się, że właśnie to powie, ale pewność, z jaką oznajmiła mu, że nie ma już dla nich szansy bolała. Nie wyobrażał sobie tego w taki sposób. Otworzył usta, jakby chciał wypowiedzieć swoje ostatnie życzenie, ale nie pozwoliła mu. – Nie chcę cię okłamywać Diego. – tak miękko wypowiada jego imię. – Nie potrafię ci zaufać. – rani jego serce. – Chcę się teraz skupić na przyjaciołach i na…
            - Andresie. – kończy. Przypuszczał, że między nimi coś jest, dlatego zdecydował, że zrobi dla tej dziewczyny wszystko, byleby tylko nie odeszła. Pozwolił jej na to tak łatwo. Nie zawalczył, poddał się. A kiedy wreszcie zrozumiał, co stracił. Odeszła. Do Andresa.
            Nie czeka na potwierdzenie, choć kątem oka zauważa delikatne kiwnięcie głowy dziewczyny. Pochyla się do przodu, chowając twarz w dłoniach. Bezradny.
            - Czy wy?
            - Nie, Diego. Po prostu jest obok mnie. Tak bardzo potrzebny. – „prawie tak, jak ty”, chce dodać, ale cofa się.
Rozpaczliwie pragnie miłości.
Rozpaczliwie pragnie jej miłości.
Już wybaczyła.
Ale on nie wie.
Nie chce go okłamywać, a jednak to robi.
Wierzy jej. Stracił nadzieję.
Brakuje jej odwagi.
A on chce tylko ją kochać.
Stoi przed nim.
Stoi przed nią.
Rozpaczliwie pragną swojej miłości.

***

            - Tomas, dokąd mnie prowadzisz? – zaczyna już odczuwać ból spowodowany dłonią chłopaka oplecioną wokół jej nadgarstka. Mruży oczy, by odczytać godzinę widniejącą na zegarze, na jednym z budynków. Jeśli dobrze policzyła, spacerują tak już od dwudziestu minut.
            - Już ci mówiłem. – mruczy odrobinę skonsternowany. Zacieśnia uścisk.
            - Powiedziałeś tylko, że masz dla mnie niespodziankę. – fuka zniecierpliwiona.
            - No właśnie. – unosi jej dłoń i składa na niej delikatny pocałunek. – Już niedługo. – uśmiecha się życzliwie. Reakcją na uśmiech jest wyraźna ulga wymalowana na twarzy.
            Zbliżają się do końca ulicy, której trudnej nazwy nie potrafi zapamiętać. Jest w tym miejscu pierwszy raz w życiu, a wydawało jej się, że zna to miasto, jak własną kieszeń. Potyka się o mały kamień i w tym momencie dziękuje Bogu, że dłoń Tomasa, na którą tak narzekała, nie pozwala jej upaść. Przechodząc obok tęgiej, bardzo wyraźnie pomalowanej kobiety, krztusi się zapachem jej wyczuwalnych na kilka kilometrów perfum. Prycha, ale po chwili zmienia wyraz twarzy na niewinny uśmiech, gdy zauważa zdziwioną minę Tomasa. Rozgląda się i nagle przypomina sobie, że już kiedyś tutaj była. Uporczywie szuka jakiejś wskazówki w pamięci. Skręcają w jedną z mniejszych uliczek i wszystko staje się o wiele jaśniejsze. Kwiaciarnia na rogu przypomina o wydarzeniach ostatnich tygodniu. Bezwiednie zacieśnia uścisk dłoni Tomasa i zamyka oczy, próbując wymazać wspomnienia z pamięci. Na próżno. Uśmiecha się, przecząc nagłemu rozbiciu, jakie ogarnęło jej duszę. Sięga palcami do bransoletki spoczywającej na lewym nadgarstku i przekręca ją, by malutka zawieszka już tak boleśnie nie wbijała się w jej rękę. Tylko, który ból jest silniejszy?
Gani swoją podświadomość, która wyrywa się, by odpowiedzieć na pytanie, a przecież jego wydźwięk był zupełnie retoryczny. Doskonale wiesz, który. To prawda, ale co z tego? Zostaw mnie w spokoju i daj mi udawać, że wszystko jest w porządku. Prawda wyjdzie na jaw. Ale wcale nie musi. Kłamstwa niczego ci nie dają. Jestem szczęśliwa. Komu próbujesz to wmówić? Okłamujesz wszystkich dookoła i co? I nic z tego nie masz. Zastanów się, czy właśnie tego chcesz. Żałuje, że nie pozbyła się umiejętności myślenia, kiedy jeszcze mogła. Uczucie przegranej z własną podświadomością nie daje jej wiele satysfakcji. Plącze się w materiale fioletowej sukienki i kolejny raz używa ramienia Tomasa, jako ratunku. Wolałabyś żeby ktoś inny cię uratował. On przecież już to zrobił.
- Jesteśmy na miejscu. – melodyjny, ale nie tak silny głos bruneta przerywa jej potyczkę słowną z własnym sumieniem. Uśmiech, ale nie jego. Spojrzenie, ale nie takie samo. Dotyk, tak delikatny, ale ona go nie czuje. I jeszcze jego słowa, ale ona nie słucha.
Pierwszym, na co natrafiają jej oczy jest duży napis, ogłaszający nazwę restauracji oraz godziny otwarcia. Przez szybę, która sprawia wrażenie kryształowej i tylko oczywista wiedza nie pozwala jej myśleć, że tak naprawdę jest, widzi mnóstwo szykownie nakrytych stolików. Każdy z nich jest nakryty jasnobłękitnym obrusem, zapewne jedwabnym, a na końcach spoczywają malutkie koraliki, drobne i błyszczące, niczym krople deszczu. Nawet kwiaty są tam o wiele mniej zwykłe niż powinny. Jedynymi gatunkami, jakie udaje się jej rozpoznać są orchidee, a gdzieniegdzie lilie. Bielutkie jak płatki śniegu. Zza otwartego okna płynie spokojna, klasyczny muzyka. W rogu Sali ustawiony jest ogromny fortepian, a tuż przy nim siedzi mężczyzna w średnim wieku i poruszając palcami wygrywa najpiękniejsze melodie. Zbyt idealnie.
- Jak ci się podoba? – pyta. Pyta. Nie powinien pytać. Powinien? Nie powinien. Pyta. Dlaczego nie wie? Wiedziałby.
- Tu jest wspaniale… - wzdycha. – Ale to musi być bardzo droga restauracja, nie mogę… - waha się. Naprawdę chce tu zostać? Przecież jest tu z Tomasem. Nieważne gdzie, ważne, że z nim. To wystarczy. Nie wystarczy?
- Violetto, cena tutaj nie ma znaczenia. Chciałem zrobić ci niespodziankę, no i chyba nawet mi się udało. – nie jest tego pewny. Przestań. Bądź pewny. Nawet ty nie jesteś pewna…
- Oczywiście, jestem naprawdę wzruszona, ale… - dźwięk telefonu przerywa jej w połowie zdania. Oddycha głęboko, gdy ciężki kamień spada jej z serca. Ty to masz szczęście, dziewczyno. Cóż, przerwał taką piękną litanię kłamstw. – Przepraszam! – puszcza jego dłoń i nic nie czuje. Otwiera najmniejszą z kieszeni torebki i wyjmuje z niej telefon. Zerknięcie na ekran pozwala upewnić się, kto postanowił się z nią skontaktować.
- Violetta?
- Nie, Fran. Dodzwoniłaś się do głównej szefowej do spraw lotów na Marsa. – patrzy na Tomasa, który stoi obok i powstrzymuje się przed napadem śmiechu. Kręci głową. – Przepraszam. Coś się stało?
- Mam do ciebie ogromną prośbę. Przyjdziesz do Studia?
- Spodoba mi się ta prośba?
- Viola! Proszę. – rozczulający głos Francesci sprawia, że mięknie jej serce.
- No dobrze.
- Teraz.
- Zaraz będę.
            Spogląda na Tomasa, który z utęsknieniem wpatruje się w jej telefon. Naciska czerwoną słuchawkę, przy okazji zwracając uwagę na to, że powinna zmienić kolor lakieru na paznokciach. Uśmiecha się niespokojnie, przy okazji kiwając głową przecząco. Czuje, jak palą ją policzki, ale nie bardzo się tym przejmuje.
            - Wybacz. – mruczy i odwraca się, by odejść.
            - Kocham cię. – odpowiada.

            Ale nie tak.

***

Pierwszy sygnał.
            Odbierz, proszę.
Drugi sygnał.
            Błagam, jesteś mi tak bardzo potrzebny.
Trzeci sygnał.
            Łzy.
Czwarty sygnał.
            Cisza.
            - Ludmiła? – zmartwiony głos chłopaka rozbrzmiewa w słuchawce. Tło do ich rozmowy stanowi jedna z piosenek zespołu The Beatles, ot takie lekarstwo na wszystko. Zaciska dłoń w pięść, wbijając paznokcie w delikatną skórę i opiera na niej czoło. Nie odzywa się. – Ludmiła, odezwij się!
            - Marco… - szepcze.
            - Zaraz u ciebie będę.
            Cisza.
            Mija minuta. Może dwie.
            Może godzina.

            Zdenerwowany chłopak wybiega z taksówki wprost pod domem blondynki. Dochodzi do drzwi i chwyta za klamkę. Zamknięte. Puka. Raz, dwa, trzy. Uderza pięścią. Nic. Odsuwa się i unosi głowę, wpatrując się w niebo. Wplata palce we włosy, powodując nieprzyjemny ból. Przeszukuje umysł w nadziei na jakąkolwiek wskazówkę. Podmuch wiatru mierzwi mu włosy. Przestępuję z nogi na nogę i nachyla się, by podnieść wycieraczkę. Metalowy przedmiot błyszczy przed jego oczami. Podnosi go i usilnie próbuje dopasować do zamka. Niechcący przejeżdża po gładkiej powierzchni, tworząc rysę. Wreszcie trafia i przekręca dwa razy w lewo. Z ogromną siłą otwiera drzwi, jakby chciał je wyrwać z zawiasów. Wbiega do środka. Potyka się o pojedyncze stopnie schodów, gdy przeskakuje po dwa. Bezbłędnie odnajduje drogę do jej pokoju. Zatrzymuje się tuż przed drzwiami i uspokaja oddech. Naciska na klamkę i delikatnie ciągnie. Przestępuje przez próg, stawiając prawą nogę na jasnych panelach. Głośne skrzypienie krzyżuje mu plany.
Siedząca na łóżku, wpatrzona w okno dziewczyna, trzyma ogromne pudełko z chusteczkami. W jednej z nich chowa twarz. Czarny tusz do rzęs spływa wraz ze łzami, tworząc ślady na jej jasnej twarzy. Włosy bezładnie układają się na karku i czole, w niektórych miejscach sklejają się. Podchodzi i siada tuż obok niej. Ona odwraca głowę, by spojrzeć mu w oczy. Nie jest na to gotowy. Na widok ból i ran odbitych w jej tęczówkach, krzywi się, czując ogromne rozdarcie w sercu. Każda słona kropla płynąca po jej twarzy zostawia na policzkach piekący ślad. Każdą z nich on czuje tak, jakby wypływała z jego oczu. Siada za nią, po jej prawej stronie i przyciąga ją do siebie, pozwalając dziewczynie oprzeć się o jego tors, a następnie oplata ją ramionami.
- Jesteś…
- Jestem.
- …mi tak bardzo potrzebny. – kończy.









Dziękuję za uwagę :)
W kolejnym rozdziale planowana konfrontacja. Myślę, że wiecie czyja.
Dziękuję za wszystkie komentarze, te bardziej „przeszłe”, obecne i przyszłe.
Za wejścia i za obserwatorów.
A rozdział dedykowany Karolinie ♥

xx

           

            

sobota, 23 sierpnia 2014

Rozdział Trzydziesty Pierwszy

Uwaga, aniołki moje, cukiereczki, kotki, słoneczka!
Od tego rozdziału zmieniam osobę, w jakiej piszę rozdziały. Dotychczas była to narracja pierwszoosobowa, teraz będzie trzecio osobowa. Zdałam sobie sprawę, że mój styl pisania się zmienił i nie potrafię już dobrze pisać w 1.os. Zmianie ulegnie również czas. Mam nadzieję, że nie będzie to dla was problem. A jeśli tak, nie martwcie się, rozdziałów do końca już nie dużo.
Dziękuję xx


ROZDZIAŁ TRZYDZIESTY PIERWSZY


            Siedzi na skórzanej kanapie i bezmyślnie wpatruje się w błękitną ścianą, jakby rozpaczliwie szukając najdrobniejszej skazy. Wciąż zastanawia się nad sensem rozmowy, jaką przeprowadził z Tomasem, mimo że minęło już sporo czasu. Wypiera się myśli, że którekolwiek ze zdań wypowiedzianych przez chłopaka w jakiś sposób na niego wpłynęło i zmieniło jego tok rozumowania. Niestety, ten jeden raz musiał przyznać Heredii rację. Uczucie, jakim obdarował Camilę tak bardzo różniło się od wszystkiego, co kiedykolwiek mógł znać. Został wychowany na osobę, która niewiele czuje. Złość, nienawiść, albo smutek, którego tak często doświadczał, ale nigdy miłość. Prychna w duchu, gdy uświadamia sobie, że poprzednie dziewczyny traktował najwyżej jak zabawki, czy nic niewarte śmieci. Zresztą, żadna z nich w najmniejszym stopniu nie dorównywała rudowłosej, która zawładnęła jego serca i jako jedyna ma wyłączne prawo do zrobienia z nim wszystkiego, co chce. I właśnie korzysta z tego prawa. Jest bardzo ciekawy, jak wyglądałaby jej reakcja, gdyby go teraz zobaczyła. Chociaż… Ona przecież nie ma zamiaru więcej go widzieć. Skreśliła go na zawsze.
            Przekręca się tak, by się położyć i zmienić obiekt zainteresowania ze ściany na sufit. Wciąż czuje ogromne pulsowanie w skroniach, co świadczy o tym, że jeszcze nie wytrzeźwiał. Unosi dłonie, by dotknąć nimi czoła i policzków. Mimo, że nie widzi swojej twarzy, ma wrażenie, że jest wręcz bordowa, ponieważ dotyk niemalże pali. Podciąga się na łokciach i pierwszy raz tego dnia spogląda na to, co dzieje się dookoła niego. W całym pokoju panuje ogromny bałagan. Na podłodze leży pięć puszek po piwie i dwie butelki czegoś mocniejszego. Wzdryga się na myśl, że będzie musiał to wszystko posprzątać. Wstaje i odruchowo otrzepuje spodnie. Jego wzrok mimowolnie przenosi się na malutkie zdjęcie leżące na dębowej komodzie przykrytej ozdobną serwetką. Zrobili je dzień przed tym, jak zerwali. Jak ona powiedziała mu, że nie chce go już znać. Ignoruje ukłucie, jakie nagle pojawia się w jego sercu i kieruje się do kuchni. Kroki sprawiają mu ogromny ból, a głowa daje o sobie znać bardziej niż wcześniej. Droga do pomieszczenia wydaje mu się o wiele dłuższa, niż w rzeczywistości. Skrzypienie towarzyszące otwieraniu szafki sprawia, że otrząsa się z transu. Sięga po kubek, a następnie otwiera lodówkę i wyjmuje z niej sok pomarańczowy. Bierze całkiem duży łyk napoju i zaciska powieki, krztusząc się kwaśnym posmakiem. Głośny odgłos dzwonka do drzwi uderza w niego ze zdwojoną siłą, choć już dawno temu powinien się do tego przyzwyczaić. Marszczy nos, zastanawiając się, kto tym razem postanowił go odwiedzić. Ma wielką nadzieję, że nie czeka go kolejna wizyta Tomasa.
Odkłada kubek na blat i powoli rusza w stronę drzwi, sprytnie omijając każdy przedmiot leżący na podłodze. Przekręcenie zamka i naciśnięcie na klamkę okazuje się zbyt wielkim wyzwaniem. Bierze głęboki wdech, gdy wreszcie udaje mu się otworzyć drzwi i natychmiast chce je zatrzasnąć, i zamknąć tysiącem kluczy. Robi krok do tyłu i z lekko uchylonymi ustami wpatruje się w osobę stojącą na progu jego mieszkania. Unosi dłonie i wplata je sobie we włosy. Serce bije dwa razy szybciej niż minutę wcześniej, a oddychanie sprawia o wiele większą trudność. Głęboki wdech powoduje nieregularne drganie szyi, w miejscu gdzie kończy się krtań. Jeszcze jeden krok do tyłu sprawia, że dzieli ich teraz jakiś metr.
- Co tu robisz? – mruga kilka razy, wciąż niedowierzając w obraz malujący się przed oczami. Przełyka ślinę i niechcący przygryza język, czekając na odpowiedź. Marzenia o spojrzeniu w jej oczy, dotknięciu jej włosów, o smaku jej pryskają w jednym momencie, gdy uświadamia sobie, że nie starczy mu na to odwagi.
- Nie wiem. – odpowiada przeciągle, wpatrując się w jasne panele ułożone na podłodze. Łapie się na tym i przymyka powieki. Na jej policzki wstępują rumieńce. Jej obojętna odpowiedź jest jak potężne uderzenie w twarz. – To znaczy… Tomas powiedział… I jestem. – Splata dłonie i przenosi wzrok na swoje palce. – Ale już pójdę. – Nerwowo przełyka ślinę i odruchowo sięga po klamkę. Nie udaje jej się to jednak, więc odwraca się. Jej głęboki oddech jest słyszalny w całym pomieszczeniu.
- Nie. Zostań.
- Dlaczego, jaki to ma sens? – odpowiada po dłuższej chwili przez zaciśnięte zęby.
- Musisz mi powiedzieć, dlaczego tu przyszłaś. – zamiera słysząc jego delikatny głos.

***

            Pobyt w Studiu staje się jej ucieczką od marnej rzeczywistości, o której ma ochotę zapomnieć. Rutyna codzienności jest coraz trudniejsza do zniesienia. Plan każdego dnia mogłaby wyrecytować z pamięci. Budzi się, je śniadanie (zazwyczaj jest to musli) i pije kawę, czesze włosy, ubiera się, wychodzi do Studia. Spędza tam mnóstwo czasu nie tylko ucząc, ale również podpisując wszelkiego rodzaju papiery. Ostatnie dni to również przygotowania do zakończenia roku i musicalu. Kończy pracę, wychodzi, wraca do domu, zasypia. Zupełnie nie tak wyobrażała sobie kiedyś dorosłe życie. Jednak nie jej marzenia są w tym momencie najważniejsze, a każdy sposób, by jak najbardziej oddalić się od Braco, a najlepiej o nim zapomnieć. Znów ją zawiódł. Powiedział, że ją kocha, a ona już prawie uwierzyła. Od tej rozmowy minęło kilka tygodni. Przestała się łudzić.
            Odkłada notes na biurko i podnosi kartkę, która przypadkiem z niego wypadła. Widnieje na niej data i godzina jej ostatnich zakupów z Carmen. Zapisała to, by na pewno nie zapomnieć. Chowa obie rzeczy do szuflady i delikatnie odsuwa się na fotelu, by móc podnieść nogi i oprzeć je o kant biurka. Żałuje, że w ostatnim czasie nie kupiła żadnej poduszki. Drzwi delikatnie skrzypią, a po chwili pojawia się w nich Maxi. Przynajmniej takie ma wrażenie, gdyż twarz chłopaka jest zakryta górą papierów i teczek. Uśmiecha się, gdy wreszcie widzi oczy przyjaciela. Gdyby nie on, nie dałaby rady. W ostatnim czasie zrobił dla tego Studia dużo więcej niż ona. Była mu za to bardzo wdzięczna.
            - Jestem pewna, że oni cię nienawidzą. – mruczy przeciągle i chichocze. Maxi przygląda jej się zdziwiony, a ona nie przerywa śmiechu. – Założę się, że więcej niż połowa tych papierów to prace domowe zebrane od uczniów. Nienawidzą cię. – zdejmuje nogi z blatu i opiera je o podłogę.
            - Nieprawda. – chłopak uśmiecha się w odpowiedzi. – A nawet jeśli, to jest szkoła.
            - A ty uczysz śpiewu i tańca. – parska, nie przerywając śmiechu.
            - No właśnie. To wszystko wyjaśnia, prawda? – zabawnie porusza brwiami, po czym kieruje wzrok na jasnoczerwony ekspres do kawy. – Napijesz się?
            - Z mlekiem poproszę. – uśmiecha się i zamyka oczy, powracając do poprzedniej pozycji. Nogawka czarnych spodni przesuwa się o kilka centymetrów, stojący na biurku korektor przechyla się, a jego zawartość wylewa się tuż przy nogach czarnowłosej dziewczyny. Wzdycha głęboko i ostrożnie przekręca się tak, by nie zabrudzić materiału. Sięga po ściereczkę i szybko wyciera białą ciecz, by nie zaschła.
            Pomieszczenie wypełnia się zapachem jaśminowych perfum, gdy czarnowłosa hiszpanka przekracza próg. Uśmiech na jej twarz wydaje się być wymuszony, a dziewczyna ugina się pod ciężarem dużej torby przewieszonej przez ramię. Podchodzi do szafki i odkłada ją, wzdychając głośno. Podnosi dłonie, by zebrać włosy i spiąć je w luźnego kucyka. Sięga po jedną z butelek wody stojących na biurku i bierze duży łyk. Odwraca się i kieruje swoje kroki w stronę stojącego przy ekspresie Maxiego. Ten, zauważając jej obecność, podchodzi do niej i mocno przytula ją na powitanie.
            - Ygkhm. – chrząka znacząco włoszka, przerywając romantyczną chwilę. Gani się za ukłucie, jakie poczuła na dnie serca. – Ja też tu jestem, gołąbeczki. – śmieje się.
            - Cześć, Fran. – mruczy Natalia, siadając naprzeciwko przyjaciółki. – Przepraszam was, ale jestem okropnie zmęczona. Miałam przed chwilę próbę z głównymi aktorami i… Czuję, że to nie wyjdzie tak, jak powinno. Starają się, oczywiście, ale brak im tego czegoś. Patrząc na nich nie czuję miłości. – opuściła ręce, wzdychając głęboko.
            - Główne role odegrają najbardziej zakochane w sobie osoby w tym Studiu, Naty!
            - Ja to wiem, ale… Czuję, że udałoby się, gdyby mieli dobry wzór. Nie jestem w stanie nauczyć ich wszystkiego. Myślę, że jest tu potrzebny ktoś inny. Ktoś z poza Studia. Ktoś, kto sam przeżył coś podobnego. Ktoś jak… - nie kończy, gdyż przerywa jej głośne parsknięcie Fran.
            - Naty. Nie. – mówi, gdy udaje jej się złapać oddech.
            - Czy któraś z was powie mi, o co chodzi? – Maxi dołącza się do rozmowy, stawiając na biurku trzy kubki z kawą. Przyciąga malutkie czarne krzesełko i siada na nim.
            - Natalia, posłuchaj, nie mogę im kazać…
            - Przecież pytałaś jej już…
            - Ale ona nie zgodzi się z nim…
            - Dziewczyny. – chłopak chrząka charakterystycznie, a następnie uderza malutkim notesem o biurku. W pomieszczeniu zapada chwilowa cisza. Maxi wpatruje się w oczy Fran, szukając odpowiedzi na nurtujące go pytanie, jednak, gdy mu się to nie udaje, bezbłędnie odczytuje ją z tęczówek swojej dziewczyny.
            - Żartujesz.

***

            Bilet na samolot był ostatnią rzeczą o jakiej myślał od ostatnich kilku lat. Światło ostatnich wydarzeń rzuciło jednak cień na jego życie. Do ostatniej chwili był pewny, że uda mu się odzyskać to, czemu tak łatwo pozwolił odejść. Niestety, pomylił się w tej kwestii. Przestępuję z nogi na nogę, przeklinając w myśli kobietę stojącą tuż przed nim. Kupuje swój bilet od jakichś piętnastu minut, przy okazji plotkując z kobietą siedzącą za biurkiem, która najwyraźniej jest jej przyjaciółką. Sięga do prawej kieszeni wyjmując z niej czarny portfel, ale tylko po to, by po chwili przełożyć go do lewej. Gwar panujący w budynku kaleczy jego uszy. Spogląda na nadgarstek, na którym znajduje się srebrny zegarek. Godzina, jaką udaje mu się odczytać jest daleka od tej, jakiej oczekiwał. Stoi w tym samym miejscu prawie od godziny.
            Rozgląda się po całym pomieszczeniu, zatrzymując wzrok na ogromnym obrazie przedstawiającym jakiś abstrakcyjny krajobraz. Przenosi ciężar ciała na prawą nogę, a jego uwadze nie umyka jasnobłękitny odcień dywanu, który nie ma nic wspólnego z ideałem, jaki kiedyś sobie wymarzył, ale mimo wszystko podoba mu się, ponieważ przypomina bezchmurne niebo. W tle rozpływają się dźwięki jakiejś nieznanej mu melodii. Kobieta wreszcie odsuwa się, a on może podejść do biurka.
            - Bilet w jedną stronę. Do Hiszpanii. – cedzi przez zęby na jednym wydechu. Blondynka uśmiecha się, ale zmienia wyraz twarzy słysząc jego obojętny ton. Nachyla się do komputera i wstukując jakieś litery przeszukuje bazę danych.
            - Najbliższy wolny lot do Hiszpanii, o ile się nie mylę, jest za półtora tygodnia. – piskliwy głos kobiety rozchodzi się w całym pomieszczeniu. Szatyn spogląda na nią z niedowierzaniem.
            - Proszę sprawdzić jeszcze raz. – błagalny ton i proszące spojrzenie sprawia, że blondynka ponawia swoją czynność.
            - Niestety. – mruży oczy, gdy słyszy słowo płynące z jej ust.
            - No dobrze. Poproszę.
            Czeka kilka minut, by po chwili odebrać kartonik z wypisanym numerem i datą lotu. Nie żałuje swojej decyzji. Już za dwa tygodnie będzie w Hiszpanii, a tam nikt go nie znajdzie. Grzecznie dziękuje i opuszcza pomieszczenie, by po chwili wyjść z budynku. Melodia cichnie, ale zastępuje ją dzwonek telefonu. Zniecierpliwiony sięga do kieszeni i wyjmuje urządzenie. Spogląda na ekran i mruży oczy zdziwiony.
            - León.
            - Mam do ciebie ogromną prośbę.






Internet powrócił i ja też.
Chciałam was jeszcze zaprosić na mojego nowego ASKA
Możecie pytać o wszystko. O opowiadanie, bohaterów, o to co jadłam na śniadanie (w 99,99% były to płatki) i o każdą rzecz, której chcecie się dowiedzieć.
Postaram się dodać następny rozdział jak najszybciej.
Przepraszam was za te nagłe zmiany.
Rozdział dedykowany moim nowym obserwatorom.
Kocham was wszystkich bardzo, dziękuję, jeśli jeszcze tu jesteście!


xx

poniedziałek, 21 lipca 2014

Informacja (aktualizacja)

AKTUALIZACJA: Okazało się, że zepsułam jakąś ważną część i router musiał iść do naprawy. Wygląda to jeszcze gorzej niż brzmi i nie mam pewności kiedy znów będę mogła dodać rozdział. Chwilowo korzystam z hot spota, aczkolwiek nie jestem w stanie chodzić po całym mieście z laptopem. Przepraszam za moją głupotę :(

Niestety, przewiduję opóźnienia w dodawaniu rozdziałów, w związku z awariami prądu i brakiem dostępu do internetu.
Bardzo, bardzo przepraszam.
Następny rozdział - jak najszybciej, choć nie wcześniej niż jutro/w środę, gdyż nie mam możliwości go dokończyć i opublikować :(

Kocham was mocno!

xx

sobota, 19 lipca 2014

Rozdział Trzydziesty (dodany wczoraj, ale niechcący usunęłam)

Camila

            Stanęłam jak wryta zastanawiając się, co mam powiedzieć. Nie wiedziałam, czy w ogóle powinnam się odzywać. Weszłam do Sali i położyłam swoje rzeczy na biurku. Postanowiłam usiąść na krześle i w takiej pozycji spędzić resztę lekcji. Nie potrzebowałam kolejnych sensacji, typu opowiadanie o swoim prywatnym życiu przy wszystkich uczniach i słuchanie ich późniejszych reakcji. Zajęłam miejsce i sięgnęłam po notes, udając, że zapisuję jakieś uwagi dotyczące lekcji. Mój ‘zastępca’ patrzył na mnie w sposób, którego nie potrafiłam jednoznacznie odczytać. W jego oczach widziałam zaskoczenie, smutek, ale również przebłyski szczęścia. Mimowolnie się uśmiechnęłam. Cieszyłam się, że przynajmniej jemu udało się wrócić do normalnego życia. Beznamiętnie spojrzałam w jasny sufit. Jeśli obojgu nam uda się osiągnąć dawną normalność, czy to znaczy, że między nami również będzie tak jak dawniej? Zwątpiłam w to, choć nie chciałam. Wciąż miałam nadzieję, że tak po prostu zapomnimy o tym, co stało się tamtego dnia i nadal będziemy najlepszymi przyjaciółmi. Opuściłam wzrok, tym razem skupiając spojrzenie na jasnopomarańczowej ścianie. Myślami byłam zupełnie w innym miejscu, nie słyszałam nawet pytań i komentarzy uczniów. Słów bruneta nie chciałam słyszeć. Niezgrabnie ruszyłam ręką, przez co mój zielony długopis z logiem marki lodów spadł na podłogę. Gdy schyliłam się, by go podnieść, moje palce zetknęły się z prawą dłonią chłopaka. Mieliśmy ten sam cel i myślę, że nie chodziło tylko o to, by chwycić leżący przed nami przedmiot.

- Dziękuję… - mruknęłam, gdy wykazał się sprytem i podniósł długopis, by mi go podać. Nie powiedziałam nic więcej, bo nie miałam pojęcia, jak odpowiednio dobrać słowa. Chciałam jak najszybciej zakończyć tą wymianę słów i spojrzeń, ale brunet postanowił ją kontynuować.
- Nie ma za co. – szepnął i uśmiechnął się szeroko. Odwrócił się w stronę klasy. – Ustawcie się tak, jak ustaliliśmy na poprzedniej lekcji. Ćwiczymy układ w parach, który przedstawicie jako przedostatni podczas musicalu. Mam nadzieję, że każdy pamięta kroki. – kiwnął głową i włączył muzykę. – Pięć, sześć, siedem, osiem…

            Uczniowie zaczęli kołysać się w rytm melodii, jednocześnie prezentując poznany wcześniej układ. Podziwiałam bruneta. Nawet nie zrobiłam z nimi jednej, małej próby, a on podczas tych kilkunastu dni nauczył ich całego układu. Zafascynowana postępami uczniów, jak zahipnotyzowana przyglądałam się ich tańcu. Wydawało mi się, że gdzieś już widziałam podobny układ. Na znak Andresa, chłopcy zatrzymali się, by po chwili delikatnie unieść dziewczęta i zrobić obrót. Niemalże przetarłam oczy ze zdziwienia i przeniosłam swój wzrok na skupionego przyjaciela. Ten tylko kiwnął głową i uśmiechnął się zawadiacko. Po chwili obrócił się w moją stronę i zrobił trzy kroki do przodu, wyciągając dłoń w moją stroną. Kiwnęłam głową przecząco, ale on nie zwrócił na to uwagi.

- Ktoś musi im pokazać, jak to się robi. – szepnął zachęcająco.

Niepewnie uniosłam dłoń, by po chwili palce chłopaka zacisnęły się wokół niej. Wstałam i zrobiłam pierwszy obrót. Poczułam prawą dłoń Andresa w talii. Moim ciałem wstrząsnął dreszcz, którego wcale nie planowałam. Pierwszy raz od kilkunastu dni znów poczułam się bezpieczna i szczęśliwa. Uniosłam lewą dłoń, a ręka Andresa przejechała wzdłuż moich palców, ramienia, talii i zakończyła swoją drogę w okolicy bioder. Pomimo tego, że piosenka już prawie się kończyła, a uczniowie zaprzestali swojego tańca, przyglądając się nam, my zaczęliśmy od początku, krok, po kroku. Tak, jak to zapamiętaliśmy. Staliśmy twarzą w twarz, patrząc sobie głęboko w oczy i wykonywaliśmy kolejne ruchy. Ręce Andresa znów trafiły na moją talię, a po chwili uniósł mnie i wykonał dwa obroty. Opuścił mnie delikatnie, pozwalając pewnie stanąć na laminowanej podłodze. Odsunęłam się od niego, nie rozluźniając uścisku naszych dłoni, by za chwilę obrócić się i trafić z powrotem w jego ramiona. Trzymając mnie tak, bym nie spadła, delikatnie odchylił moje ciało, by efektownie zakończyć nasz taniec. Pomógł mi wstać i powtórzyliśmy ukłon, którego uczyliśmy się kilka lat temu. Przez dłuższą chwilę wpatrywaliśmy się w siebie, jakbyśmy zapomnieli o całym otaczającym nas świecie. Z transu wyrwały nas oklaski i ciche gwizdy uczniów. Zachichotałam nerwowo speszona całą tą sytuacją. Zanim wróciłam na miejsce zdążyłam szepnąć Andresowi, że musimy porozmawiać. Nie byłam pewna tego, co chciałam zrobić, ale miałam zamiar wreszcie być szczęśliwa i liczyłam na to, że mi się to uda.


Diego

            Siedzenie na kanapie i picie piwa okazało się moim ulubionym zajęciem, tuż za wszechogarniającym mnie cierpieniem i bólem. Szczątki telefonu leżały gdzieś za ogromną doniczką jakiegoś kwiatka. Nawet nie wiem, jak się nazywa i nie pamiętam skąd się tu wziął. Wpatrywanie się w sufit również jest dobrą alternatywą, kiedy człowiek wie, że zniszczył sobie całe życie. Spojrzałem na bałagan panujący w mieszkaniu, ale stwierdziłem, że nie ma sensu w sprzątaniu, kiedy straciło się sens wszystkiego innego. Usłyszałem dziwny dźwięk. Przez głowę przebiegła mi myśl, że może ktoś przyszedł, ale szybko ją stamtąd wyrzuciłem. Nie było osoby, która przejmowałaby się moim stanem, nie żebym bardzo chciał spotkać się z kimkolwiek. Cóż, poza Camilą. Oddałbym wszystko żeby pozwoliła mi na pięć minut rozmowy jednak w świetle wydarzeń wydawało się to jedynie abstrakcyjnym marzeniem.
            Wstałem z kanapy, jak oparzony, kiedy zrozumiałem, że ktoś kręci się po moim mieszkaniu. Sięgnąłem po stojącą na stoliku butelkę i wziąłem pokaźny łyk trunku, a następnie zrobiłem krok, by dojść do drzwi i sprawdzić, kogo tu przywiało. Nie przejmowała mnie nawet wizja złodzieja. Ja przecież już nic nie miałem. Nie zdążyłem nawet postawić stopy w progu, bo mój gość przeszukał już chyba wszystkie pokoje i wreszcie trafił na ten, w którym się znajdowałem. Na widok osoby, która postanowiła mnie odwiedzić, nie wiedziałem, czy mam się śmiać, czy może jednak płakać.

- Cholera… Tylko ciebie tu brakowało. – parsknąłem. Odwróciłem się, by wrócić i zająć miejsce na kanapie. – Siadaj. Napijesz się może czegoś? – wskazałem palcem na butelkę i posłałem mu nieszczery, wypełniony sarkazmem uśmiech.
- Co ty ze sobą zrobiłeś… - no pięknie, teraz pan perfekcyjny będzie mnie pouczał, w jaki sposób powinienem żyć. Ojciec też kiedyś mówił takie rzeczy i do czego doszło? Ponownie parsknąłem.
- Po co przyszedłeś? Chcesz mi przyłożyć, czy może raczej odbyć ze mną przyjacielską, psychologiczną rozmowę? – ton mojego głosu ociekał sarkazmem, ale właśnie tak miało być. – A może chcesz poznać szczegóły mojego romansiku z blondyną? – na twarzy Tomasa pojawił się grymas.
- Nie mam pojęcia. Chciałem stanąć z tobą twarzą w twarz…
- I podoba ci się to, co widzisz? – zmrużyłem oczy i przyjrzałem się mu. Tym razem to z jego ust wydobyło się głośne parsknięcie. – Rób, co masz robić. Uderz mnie albo już sobie idź.
- Pewnie właśnie tak powinienem zrobić, ale nie…
- A to niby dlaczego? – wybuchłem śmiechem. – Niech zgadnę! Teraz czas na wzruszającą historyjkę o wybaczaniu albo…
- Sam się świetnie załatwiłeś, ja już nie muszę nic dodawać. – przerwał mi w połowie zdania. – Nie kochałeś jej, prawda? – diametralnie zmienił temat, wspominając o Ludmile.
- Oczywiście, że nie. – pokiwałem głową, odrobinę odurzony. – To była tylko zabawa. Nic więcej. Powinieneś do niej wrócić. To było tylko parę głupich dni. Myślę, że dla niej też. Nie przekreślaj was. – nie wiem, dlaczego to powiedziałem, nawet nie wiem, czy naprawdę tak pomyślałem. Wstałem, by podejść do stolika i wziąć kolejny łyk piwa.
- Kochasz Camilę… - mruknął beznamiętnie.
- Brawo, Sherlocku! Tylko widzisz, ja już nie mam szans na uratowanie niczego. Taki żart losu, zniszczyłem twoje życie, a przy okazji odbiło się to rykoszetem na moim. Śmieszne… - prychnąłem.
- Jesteś idiotą. Ale na pewno istnieje jeszcze dla ciebie jakaś szansa… - uniósł dłoń i zamachnął się, by po chwili pięścią wymierzyć mi cios w twarz. – A to tak na dobry początek. – mruknął, odwrócił się i wyszedł, pozostawiając mnie w całkowitym osłupieniu.

Violetta

            Razem z Federico wybraliśmy się do Restó, by oznajmić wszystkim jego powrót. Mieliśmy nadzieję spotkać tak chociaż kilkoro z naszych przyjaciół i może powspominać stare czasy. Przez cały dzień nie mogłam się dodzwonić do Tomasa i zaczęłam się trochę denerwować. Przecież to niemożliwe, by dowiedział się o tym, co się stało miedzy mną i Leonem. Nie było go tam. No pięknie, zamiast się martwić, czy nic mu się nie stało, przejmuję się tylko tym, by sekret pozostał sekretem. Nienawidzę Leona za to, że tak bardzo mi wszystko utrudnia. Chciałabym by po prostu zniknął i już nigdy nie wrócił. I nie mieszał już w moim życiu. Przestań oszukiwać samą siebie… - podświadomość jak zawsze wiedziała wszystko lepiej ode mnie. Nie mogłam przyznać jej racji, najlepiej by było, jakby ona również zniknęła raz na zawsze.
            Tuż obok baru wypatrzyłam Francescę. Pociągnęłam Federico za rękę i ruszyliśmy w tamtą stronę. Niedaleko stał również starszy brat włoszki. Po chwili dołączyła do nas Camila. Wydawała się zdenerwowana, ale szczęśliwa. Dawno nie widziałam jej w takim humorze.

- Federico, bardzo za tobą tęskniłam! – ruda niemal rzuciła się na Włocha, mocno go przytulając. Starała się nie pokazywać tego, jak naprawdę się czuła, choć widziałam, jak bardzo jest podekscytowana. Oddychała bardzo głęboko i nieregularnie. Niemalże skakała dookoła nas.
- Ja za tobą też, Cami! – uśmiechnął się Fede. – Widzę, że jesteś dziś w dość… ciekawym nastroju. – skomentował, czym wywołał szeroki uśmiech na mojej twarzy. Camila zachichotała.
- Długa historia. – mruknęła. Francesca tylko podniosła głowę, ale nie odezwała się ani słowem.
- Fran, dobrze cię widzieć… - przywitał się chłodno. Zdziwiłam się jego nagłą zmianą nastroju, ale przypomniałam sobie, że nie pożegnali się w najlepszych okolicznościach.
 - Tak, ciebie też. – odpowiedziała mu równie nieprzyjaźnie.
- Jak zwykle w świetnym humorze. – żachnął się.
- Jak zwykle pół metrowa grzywka. – Francesca nie pozostała mu dłużna, a już po chwili wymieniali się obelgami i musiałyśmy z Camilą ich uspokajać.
- Rozumiem, że bardzo się cieszycie z tego spotkania, ale nie musicie tego wyrażać w tak dobitny sposób… - wtrąciłam. Oboje zamilkli.
- Opowiadaj! – wrzasnęła Camila, by całkowicie zmienić temat.

            Federico powiedział jej dokładnie to samo, co mnie zeszłej nocy. Ruda jednak nie była aż tak zainteresowana historią, jakby się mogło wydawać. Błądziła myślami zupełnie gdzie indziej. Przenosiła ciężar ciała z jednej na drugą nogę, poprawiała fryzurę i przerzucała rzeczy w swojej torebce, upewniając się, że zabrała wszystkie potrzebne, które były jej potrzebne. Nie miałam pojęcia, o co chodzi, ale przeczuwałam, że stanie się coś złego. Camila rzadko była widywana w takim nastroju. A może już coś się stało…

Angie

            Wracając do domu, zajrzałam do skrzynki na listy, w poszukiwaniu nowych wiadomości. Wyjęłam stamtąd najnowszy numer mojej ulubionej gazety, kilka kopert, prawdopodobnie zawierających treści rachunków oraz jedną różniącą się od reszty, małą i różową. Wrzuciłam papiery do torebki i ruszyłam w stronę drzwi. Weszłam do środku i od razu poczułam zapach powideł jabłkowych. Zdziwiłam się, więc zmieniłam buty i od razu poszłam do kuchni. Widok, który tam zastałam był niemałym zaskoczeniem. Uśmiechnęłam się i podeszłam do kobiety stojącej przy piekarniku.

- Mamo, naprawdę nie musiałaś... – pocałowałam ją w policzek i zajęłam miejsce na pierwszym krześle po lewej.

Bardzo się cieszyłam, że już niedługo urodzę. Nie narzekałam, ale fakt, że nie mogłam ustać w miejscu dłużej niż kilka minut bardzo mnie irytował. Sięgnęłam po torbę i wyjęłam z niej rachunki oraz tajemniczą, małą kopertę. Ostrożnie, tak by nie zniszczyć papieru, otworzyłam ją. Wypadła z niej jeszcze mniejsza ozdobna karteczka.


Carmen Montoya i Luca Cauviglia

mają zaszczyt zaprosić

Sz.P. Ángeles Carrarę i Pabla Galindo

na uroczystość zawarcia związku małżeńskiego,
która odbędzie się 28.06.2015 r.
w ogrodzie za barem Restó


Po uroczystościach ślubnych zapraszamy na przyjęcie weselne w Restó Barze.


            Kilka razy przeczytałam datę widniejącą na zaproszeniu. To już tak niewiele czasu! Zostały niecałe dwa tygodnie. Ślub odbędzie się dzień po musicalu w Studiu. To również tydzień przed wyznaczonym terminem mojego porodu. Spojrzałam na swój brzuch i delikatnie przejechałam po nim dłonią. Poczułam delikatne kopnięcie.

- Skarbie, wszystko w twojej mocy. Nie chciałabyś już zobaczyć tego świata? – uśmiechnęłam się. – No cóż, czekają nas zakupy…






Mam nadzieję, że się podoba, to już trzydziesty rozdział i mogę wam powiedzieć, że powoli zbliżamy się do końca.
Sprawdziłam również pewne daty i okazało się, że w środę mija dokładnie rok, odkąd opublikowałam prolog. Przez te (prawie) 365 dni zdarzyło się tak wiele… Piszcie w komentarzach, czy macie pomysł na jakąś formę świętowania? Mi niestety niewiele przychodzi do głowy.
Dziękuję wszystkim którzy byli, są i będą.
Informuję również, że 27 wyjeżdżam. Nie będzie mnie do 3 sierpnia i w tych dniach rozdziały mogą nie ukazywać się codziennie, ale na pewno będą.
To chyba tyle.
Czekam na komentarze, nawet kropki ;)


xx

piątek, 18 lipca 2014

Rozdział Dwudziesty Dziewiąty

Rozdział dedykowany Sophie Cortés, dziękuję ci za wspaniały, motywujący komentarz!


Violetta

            Spędziliśmy pół nocy na rozmowach o tym, co działo się podczas jego trasy koncertowej i drugie pół na opowiadaniu o wydarzeniach z Buenos Aires. Powrót Federico naprawdę bardzo mnie ucieszył. Był jednym z moich najlepszych przyjaciół. Potrafił ze mną rozmawiać tak jak nikt inny – denerwował mnie, ale tylko po to, bym zrozumiała, że ma rację. Nie mogę uwierzyć, że kiedyś go nie lubiłam i bałam się, że zdradzi mój sekret. Teraz jestem przekonana, że nigdy by tego nie zrobił. Federico był prawie jak mój drugi pamiętnik.
            Podczas naszej rozmowy opowiedział mi o tłumach dziewcząt czekających na niego na każdym kroku. To zawsze było jego marzenie - występować na scenie i mieć ładne fanki. Śmiałam się na każde wspomnienie o tym. Teraz jego sny się spełniły. Dowiedziałam się również o jego ochroniarzu, który wydawał się straszny, ale okazał się normalnym facetem. To znaczy… Można powiedzieć, że prawie normalnym. Nie nazwałabym tym określeniem człowieka po czterdziestce bez przerwy opowiadającego o swoim licealnym życiu i miłosnych podbojach. Federico zrelacjonował mi chyba wszystkie swoje koncerty, z którym byłam tylko na jednym, a dwa oglądałam w telewizji. Bardzo mi go brakowało. Chyba tylko on (może poza Francescą) potrafił godzinami mówić na ten sam temat. Kiedyś trochę mi to przeszkadzało, ale teraz… było raczej wytchnieniem i ucieczką od wszystkich problemów.
            Opowiedziałam mu wszystko o Tomasie i Leonie. Najpierw uważnie słuchał, by nie ominąć żadnego z moich słów, a gdy już skończyłam milczał. Przyglądał mi się, rozglądał się po pokoju, głęboko oddychał. Nie wspomniał o tym, jak bardzo mi współczuje. Nie komentował mojego głupiego zachowania. Wiedziałam, że zrozumiał wszystko, o czym mu powiedziałam, nawet jeśli się nie odezwał. Właśnie tego potrzebowałam, żeby ktoś naprawdę mnie wysłuchał. I tym razem podołał zadaniu. Przytulił mnie, a potem, tak, jakby ostatnie pół godziny naszej rozmowy bezpowrotnie zniknęło, zaproponował obejrzenie filmu i zjedzenie wszystkich ciastek czekoladowych. Oczywiście zjadł ich dwa razy więcej ode mnie, ale wynagrodził mi to swoją obecnością. Czułam się przy nim jak przy starszym bracie, choć był ode mnie prawie dwa lata młodszy. Ostatnie słowa, jakie zapamiętałam z naszej rozmowy brzmiały:

- Dobranoc, braciszku.
- Dobranoc, siostrzyczko. – naprawdę wrócił.

Camila

            Po kilku dniach, spędzonych tylko i wyłącznie w pokoju, stwierdziłam, że czas wyjść
i wrócić do normalnego życia. Bez Diego, bez Andresa, bez żadnych problemów sercowych. Po prostu do studia, pracy, uczenia i przygotowań do spektaklu. Zrezygnowałam z lekcji tańca w towarzystwie przyjaciela. Uznałam, że nie jest to dobry pomysł żebyśmy spędzali ze sobą jakikolwiek czas, przynajmniej w ciągu najbliższych tygodni.
Z takim nastawieniem wstałam rano, wypiłam kawę, ubrałam się i wyszłam z domu. Po kilkunastu minutach znalazłam się w studiu. Otworzyłam drzwi i ruszyłam do gabinetu dla nauczycieli. Odłożyłam torebkę, nie wyjmując z niej nawet telefonu, choć mogłam przysiąc, że dzwonił kilka razy. Nie miałam ochoty sprawdzać nadawcy ani treści wiadomości. Spojrzałam na plan zajęć i odwróciłam się, by przejść do sali, w której miałam mieć kolejną lekcję. Tuż przed drzwiami napotkałam zdenerwowany wzrok Maxiego. Żółtą bluzę i czapkę zastąpił czarnym t-shirtem. Spojrzałam na niego zdziwiona, ale najwyraźniej nie zamierzał mi wyjaśnić powodu swojej złości, a czekał aż sama się go domyślę. Poprawiłam gumkę oplatającą mojego kucyka i ruszyłam przed siebie, wymownie omijając przyjaciela. Nie udało mi się jednak od niego uciec, bo już po chwili usłyszałam pytanie:

- Dokąd się wybierasz? – naprawdę przestałam go poznawać. Odkąd stał się jednym z głównych organizatorów spektaklu i praktycznie zastępcą dyrektora, jest zupełnie inny. Nigdy nie pomyślałabym nawet, że Maxi stanie się taki dorosły, to zupełnie nie w jego stylu.
- Mam lekcję.
- Nie, Cami, nie masz. – odwróciłam się i ujrzałam jego szelmowski uśmiech, którego nie potrafiłam zinterpretować.
- Tak, mam. Znam ten plan na pamięć.
- Ja również go znam i mówię ci, że nie masz teraz lekcji. Możesz najwyżej przyglądać się lekcji prowadzonej przez osobę, która cię zastępuje.
- Jak to zastępuje? – nie wierzyłam własnym uszom. Maxi mnie z a s t ą p i ł?
- Cami, nie było cię tutaj od dwóch tygodni. Przykro mi, ale nie mogłem odwołać wszystkich lekcji, a sam nie byłem w stanie prowadzić lekcji śpiewu, tańca, gry na instrumentach i jeszcze prób do musicalu.
- No ale… A Naty? – spojrzał na mnie z politowaniem, zadałam głupie pytanie. Nie drążyłam tego tematu dalej. Musiałam się dowiedzieć jeszcze tylko jednej rzeczy. – Kto mnie zastępuje?
- Za chwilę się dowiesz. Do czasu premiery będziesz uczestniczyć w lekcjach jedynie jako obserwator lub pomocnik.
- Dobrze… - kiwnęłam głową, ale po chwili mruknęłam zdziwiona – Od kiedy używasz takiego języka?
- Wybacz, to przez te wszystkie papiery. – na chwilę spuścił wzrok. – A teraz na lekcje i bez dyskusji, panno Torres! – zachichotał.
- Tak jest! – zawtórowałam mu.

            Ruszyłam w kierunku Sali, po drodze witając się z kilkoma uczniami. Stanęłam przed drzwiami, zastanawiając się kogo za nimi zobaczę. Miałam nadzieję, że będzie to ktoś na tyle miły, bym mogła się z nim zaprzyjaźnić i jakoś przetrwać najbliższy czas. Podniosłam dłoń i nacisnęłam na klamkę. To, co zobaczyłam, zaskoczyło mnie jeszcze bardziej niż nastrój Maxiego. Tylko nie on…

Francesca

            Do wesela zostały niecałe dwa tygodnie. Wszyscy nasi przyjaciele oraz rodzina już otrzymali zaproszenia. Mój brat na początku był bardzo podekscytowany, ale im bliżej ślub, tym bardziej się denerwuje i martwi się, że coś nie pójdzie po jego myśli, nie tak jak sobie zaplanował, a wtedy nie będzie to najpiękniejszy dzień ich życia. Powtarzałam mu, że najważniejsze w tym wszystkim jest to, że Carmen zostanie jego żoną, to, że ją kocha, ale on wtedy upierał się, że właśnie dla niej to ma być idealny dzień. Pozostało mi tylko pomagać i zrobić wszystko, by tak rzeczywiście było, bez względu na to, co dzieje się w moim życiu. Luca zawsze wspierał mnie w każdej sytuacji, więc teraz moja kolej. Nie mogę pozwolić, by moje problemy wpłynęły negatywnie na jego święto. Podczas, gdy on zamawiał ogromny tort, pilnował, by Restó było urządzone tak jak trzeba i panikował, jak nigdy wcześniej, ja postanowiłam zabrać Carmen na zakupy.
            Spotkałyśmy się tuż pod ogromną galerią. Postanowiłam zająć czymś dziewczynę, żeby przynajmniej ona choć na chwilę zapomniała o stresie. Uznałam, że dobrym pomysłem będzie wybór sukienek, a później duże ciastko czekoladowe w cukierni. Oczywiście ta najważniejsza, biała suknia, czekała już na nią w domu, ale pozostała jeszcze kwestia tej, w którą ubierze się później. Pomyślałam, że będzie to też dobry moment na szczerą rozmowę i zacieśnienie siostrzanych relacji.
            Weszłyśmy do mojego ulubionego sklepu i od razu przy wejściu zauważyłam idealną sukienkę. Była granatowa z nieco ciemniejszym paskiem zakończonym kokardą w talii. Właśnie tak wyobrażałam sobie mój strój na ślubie Luci, już jako mała dziewczynka, gdy planowałam, że zostanę druhną. Cóż, w pewnym sensie moje marzenie się spełniło. Carmen uśmiechnęła się, gdy wskazałam na sukienkę. Sięgnęłam po wieszak z naklejką z odpowiednim rozmiarem i ruszyłam do przymierzalni. Przebrałam się i spojrzałam w lustro, obracając się kilka razy. Odsunęłam zasłonkę, by pokazać się Carmen.

- Wyglądasz cudownie. – skwitowała i poruszyła ręką, gestem wskazując bym się odwróciła. Zrobiłam to, o co poprosiła, a ona szerzej się uśmiechnęła. – Naprawdę świetnie. Musisz ją kupić.
- Naprawdę tak uważasz?
- Oczywiście, bez dyskusji! Przebieraj się i idziemy do kasy. – zachichotała.

            Kiedy kupiłyśmy sukienkę dla mnie, Carmen zaczęła się rozglądać w poszukiwaniu czegoś odpowiedniego dla siebie. Nie minęło dużo czasu, a wypatrzyła piękną, bordową sukienkę. Uśmiechnęłam się, kiedy ją przymierzyła. Bardzo się cieszyłam, że przyjęła oświadczyny Luci. Jest ładna, miła, mądra… Naprawdę świetna. Dobrze się z nią dogaduję, myślę, że szybko się zaprzyjaźnimy. Dzięki niej udało mi się też na kilka godzin zapomnieć o problemach związanych z Braco. Po skończonych zakupach poszłyśmy do cukierni, która stała nieopodal. Przez dłuższą chwilę nie odzywałyśmy się do siebie, by potem od razu wybuchnąć śmiechem na widok grubego mężczyzny, który schylił się po monetę, a później oprócz niej musiał zbierać z podłogi również włosy.

- Bardzo się cieszę, że tu dziś ze mną przyszłaś. – zaczęłam.
- Ja też się cieszę. Obawiałam się, że możesz mnie nie polubić.
- Ciebie? – uśmiechnęłam się, może zbyt wymownie. – Jestem szczęśliwa, że mój brat znalazł sobie taką świetną żonę.
- Miło mi, że tak mówisz, ale widzę, że coś cię martwi. Czy to ma jakiś związek z naszym ślubem? – zapytała wyraźnie przejęta.
- Nie, oczywiście, że nie! – zaprzeczyłam szybko. – To raczej osobiste sprawy... – wahałam się, czy jej powiedzieć.
- Zrozumiem, jeśli nie będziesz chciała ze mną o tym rozmawiać.
- Nie o to chodzi… - zaczęłam ostrożnie, a po chwili Carmen wiedziała już prawie wszystko. Pominęłam jedynie szczegóły dotyczące naszej ostatniej rozmowy. Opowiadając jej całą historię śmiałam się i płakałam, a ludzie wokół dziwnie się na nas patrzyli. Kiedy skończyłam, Carmen uniosła filiżankę, by dokończyć herbatę i przełknęła znacząco.
- Wiesz… - wreszcie odezwała się. – Myślę, że prawdziwa miłość nigdy nie blaknie i nigdy się nie kończy. Jeśli się kogoś kocha, to ta osoba nigdy nie odchodzi. Czasami musimy po prostu poczekać.
- Obawiam się, że będę na niego czekać wiecznie. Nie wiem czy tego chcę…
- A czy jest tego wart? – na to pytanie nie potrafiłam odpowiedzieć. Bałam się odpowiedzi.

Tomas

            Nie spodziewałem się, że rozmowa z Ludmiłą przebiegnie w taki sposób. Miałem do niej ogromny żal w związku z tym, co zrobiła, ale z drugiej strony wciąż wiele do niej czułem. Moje życie z każdą chwilą stawało się coraz bardziej skomplikowane. Myślałem, że kiedy odejdę do Ludmiły, wrócę do Violetty… że to wszystko będzie właśnie takie, jakie powinno być od początku. Mam wrażenie, że ciąży na mnie wina za to, co zrobiłem. Jest mi przykro z powodu tego, w jaki sposób Ludmiła dowiedziała się o tym, że wróciłem do Violetty. Próbowałem się tłumaczyć, ona zadawała pytania, a ja na wszystkie odpowiadałem, ale to nie dało wiele. Wiedziałem, że bez względu na to, co mi zrobiła, miała teraz do mnie ogromny żal. Nie mam pojęcia, czy się zmieniła, czy jednak czeka na mnie jej zemsta, która może dokonać się w każdym momencie. Nie chciałem, by stała się moim wrogiem, choć w podobnej sytuacji wydawało się to nieuniknione. Przeczuwałem, że to wciąż ta sama Ludmiła. Ta, w której się zakochałem, ale również ta zawistna, zdolna do wszystkiego.
            Do tego Diego… Kiedy go poznałem, wydawał się zwyczajnym facetem. Nawet go lubiłem. Nie wpadłbym na to, że może go coś łączyć z Ludmiłą, poza przyjaźnią. Niestety, okazało się, że łączyło ich więcej niż kiedykolwiek przypuszczałem. Na dodatek teraz zjawił się w Buenos Aires. Niewiarygodne, że byłem tak zajęty swoim życiem, że jeszcze go tu nie widziałem. I nie miałem pojęcia o jego związku z Camilą. Może gdybym wiedział, zdążyłbym ją ostrzec. Dowiedziała się w najgorszy z możliwych sposób. A on zniszczył część jej życia, dokładnie tak jak zniszczył moje.
            Zajęło mi trzy godziny nim wydobyłem z Francesci wiadomości na temat jego miejsca zamieszkania. Niewiele się zmieniła. Wciąż była tą samą Fran, która, mimo swojego złotego serca, nie potrafiła dotrzymać tajemnicy, czy kłamać. Sam nie wiem, skąd pomysł, by tam iść. Czasem nie rozumiem swojego zachowania. Po prostu musiałem się z nim zobaczyć. Jego mieszkanie było prawie na końcu miasta, więc przyjechałem tam taksówką. Ostrożnie zapukałem w drzwi, ale nie doczekałem się odpowiedzi. Nacisnąłem na klamkę i ustąpiły. Pierwszym, co uderzyło we mnie tuż po wejściu, był zapach alkoholu zmieszany z jakimś kurczakiem. Na podłodze w jednym z pokoi leżało kilka puszek po piwie. Wszędzie były porozwalane opakowania po pizzy.

Diego

            Rzuciłem telefonem o ścianę, gdy Camila kolejny raz nie odebrała. Nie wiedziałem, co się ze mną stało. Nigdy nie przejmowałem się tak żadną dziewczyną, a było ich sporo. Po każdej kolejnej przychodziła następna, potem odchodziła i zastępowała ją kolejna. Nie miałem większego problemu z radzeniem sobie z rozstaniem, zwłaszcza, że w większości przypadków to ja zostawiałam je. Teraz było zupełnie inaczej. Nie chciałem, by Cami dowiedziała się o tym, co się stało, bo wiedziałem, że to nie skończy się dobrze. Próbowałem tego uniknąć, bo nie potrafiłbym się pogodzić z myślą, że ruda traktuje mnie jak potwora. Nie udało się. Mój najgorszy koszmar właśnie się spełnia. Dzieje się tuż przede mną, na moich oczach tracę wszystko. Nawet procenty już nie pomagają. Wciąż jestem zbyt trzeźwy, by zapomnieć. Przecież nie mogę jej tak naprawdę kochać. To nie ma sensu. Ja nie potrafię kochać. Nie znam znaczenia tego słowa. To nie może być to. Ale jeśli nie, dlaczego wciąż nie mogę przestać o niej myśleć? Ilekroć zamknę oczy, widzę rude kosmyki jej włosów rozwiewane przez wiatr i jej piękny uśmiech. Czuję na sobie jej spojrzenie i dotyk jej dłoni na skórze. To nie jest normalne. Wariuję, zwariowałem na jej punkcie. Nie mogę nawet spojrzeć sobie w oczy w lustrze… Wszystko zepsułem.






Przepraszam za chwilowe opóźnienie. Część rozdziału napisałam rano, a potem byłam na zakupach i właśnie skończyłam.
Dziękuję za wszystkie komentarze! Mam nadzieję, że część z was jeszcze o mnie nie zapomniała i że będzie was tu coraz więcej.
W kolejnym rozdziale konfrontacja Tomasa z Diego, jesteście ciekawi? :)

Kocham was!

xx

czwartek, 17 lipca 2014

Rozdział Dwudziesty Ósmy

Leon

            Droga do domu Violetty dłużyła się niemiłosiernie. W mojej głowie kłębiło się mnóstwo myśli, a wszystkie one krążyły wokół naszego ostatniego spotkania. Wiedziałem, że mnie kocha i dzięki temu miałem nadzieję. Niestety, usłyszałem od niej również słowa, których nie chcę pamiętać. „Wolę cierpieć sama, niż z tobą…” Ale ja nie potrafię. Nie jestem w stanie poradzić sobie z moim cierpieniem bez niej, bo tylko ona tak naprawdę znaczyła coś w moim życiu. Była definicją miłości, mojej miłości. To ona pocieszała, przytulała, całowała, krzyczała… Pozwalała się kochać. A ja starałem się nie zmarnować tego pozwolenia, nawet, gdy kolejny raz wymierzała mi policzek, mówiąc, że nie chce mnie znać. Nie wierzę, że byłem tak głupi, by dać jej odejść. Nie mogę uwierzyć, że tak bardzo ją zraniłem. Cierpiałem, gdy wyjechała, a gdy wróciła… Jestem cholernym idiotą. Ale nie poddam się. Na pewno nie tym razem.
            Stanąłem tuż przed drzwiami ogromnego domu Violetty. Byłem tak blisko, a jednak za daleko. Bałem się zrobić krok naprzód. Obawy objęły nade mną kontrolę i nie pozwoliły poruszyć się nawet o centymetr. W myślach powtarzałem wszystkie schematy rozmowy, jakie zdołałem wymyślić po drodze. To chyba jedna z najgłupszych rzeczy jakie kiedykolwiek zrobiłem. Wziąłem głęboki wdech i podniosłem dłoń, by zapukać. Drzwi otworzyła gospodyni, Olga. Na mój widok niemalże wypuściła z rąk ogromną tacę z ciastem. Nie zadawała żadnych pytań, czym bardzo mnie zaskoczyła. Odsunęła się, bym mógł wejść. Przechodząc obok niej szepnąłem „przepraszam”, a ona odpowiedziała jakimś niezrozumiałym bełkotem. Mógłbym przysiąc, że powiedziała „nie mnie będziesz przepraszał”, ale nie zamierzałem wdawać się z nią w dłuższą konwersację. Cicho i ostrożnie wszedłem po schodach, tak by dziewczyna mnie nie usłyszała. Drzwi od jej pokoju były uchylone. Wszedłem do środka.

- Violetta… - zacząłem, gdy mój wzrok napotkał na swojej drodze jej brązowe tęczówki, ale dziewczyna przerwała mi, nie pozwalając zacząć rozmowy.
- Leon, jakim cudem zawsze, gdy mówię ci „żegnaj” i obiecuję sobie, że to był ostatni raz, ty tak po prostu wracasz, jakby nic się nie stało?! Nie rozumiesz, jak bardzo jest to dla mnie trudne? Świadomość, że jesteśmy w tym samym mieście, mieszkasz tylko kilka ulic dalej, a mimo to nie mogę się do ciebie zbliżyć? Nie mogę przytulić, czy pocałować? Chcę po prostu zacząć normalnie żyć. Dlaczego mi na to nie pozwalasz?
- Chcę być z tobą. Chcę całować cię w policzek na powitanie, powtarzać, jak bardzo jesteś piękna i obserwować, jak uroczo się rumienisz za każdym razem, gdy to mówię. Chcę trzymać cię za rękę, gdy się denerwujesz i pocieszać, gdy płaczesz. Chcę cię kochać. Proszę pozwól mi na to, tak jak już kiedyś pozwoliłaś.
- Pozwoliłam. – westchnęła głęboko. – I to był błąd. – wypowiedziała to zdanie ze wzrokiem wbitym w podłogę, tak, jakby bała się powiedzieć mi to prosto w oczy.
- Proszę cię, nie mów tak… - moje oczy zaszkliły się łzami, a pojedyncze z nich spływały, kreśląc linię wzdłuż kości policzkowych.
- A co mam powiedzieć? Nie widzisz do czego nas to doprowadziło? Nie możemy nawet porozmawiać ze sobą, jak normalni ludzie… Wyjdź, Leon. Wyjdź i nie wracaj. – z trudem powstrzymywała łzy, widziałem i bolało mnie to, ponieważ to była moja wina.
- Spójrz na mnie.
- Wyjdź! – krzyczała przez łzy, które okazały się silniejszym przeciwnikiem, niż jej się wydawało. Podszedłem bliżej i złapałem ją za nadgarstki, przyciągając do siebie.
- Spójrz na mnie! Popatrz mi prosto w oczy!
- Nie chcę... Nie mogę.
- Proszę. – powoli uniosła głowę i otworzyła swoje spuchnięte, czerwone od płaczu oczy.
- Zadowolony?!
- Posłuchaj. Mnie. – wycedziłem. – Cokolwiek teraz powiesz, jak bardzo mnie nienawidzisz, to nigdy nie zmieni moich uczuć względem ciebie. Kocham cię i będę cię kochał aż do śmierci. A jeśli potem jest jakieś życie, wtedy też będę cię kochał*.Nie mogę żyć bez kochania ciebie. Nie chcę próbować.
- Masz rację. Nienawidzę cię! Tak bardzo, jak cię kocham, jak bardzo nienawidzę! – krzyknęła i zaczęła pięściami obijać mój tors.

            A potem już nic nie mówiliśmy. Nie potrafię tego wytłumaczyć, nie wiem jak to się stało. Po chwili moje ręce obejmowały jej talię, a jej dłonie oplatały moją szyję i włosy. Naszych ust nie dzieliły już nawet milimetry. Byłem na siebie wściekły, ale tak bardzo mi tego brakowało…


Ludmiła

            Stałam tak, wtulona w Tomasa i zastanawiałam się nad tym, co ja w ogóle mam teraz zrobić. Tak długo czekałam na nasze spotkanie, ale planowałam je zupełnie inaczej. Nie mam pojęcia co powiedzieć. Tłumaczyć się czy poczekać, aż on się odezwie? Przepraszać? I tak mi nie uwierzy. Wtedy nie uwierzył. Nie dziwię się mu. Zachowałam się jak kretynka i tak po prostu zaufałam Diego. Ale to przeszłość. To było tylko nic nieznaczące zauroczenie. Teraz Hiszpan ma to, czego chciał. Szkoda, że z perspektywy Tomasa wygląda to zupełnie inaczej.
            Westchnęłam głęboko i zaciągnęłam się zapachem mydła waniliowego. Ulubiony zapach Tomasa. Mój ulubiony zapach. Nagle poczułam jak delikatnie mnie od siebie odsuwa i przeklęłam w duchu. Nie chciałam tego kończyć. Chciałam resztę życia spędzić w jego ramionach. Wciąż staliśmy naprzeciwko siebie, wpatrując się w swoje twarze. Tak, jakbyśmy chcieli zapamiętać każdy szczegół przed rozstaniem. Poczułam ukłucie w sercu, nienawidziłam się za podobne myśli.

- Musimy porozmawiać. – stało się to, czego najbardziej się bałam. Wzięłam głęboki wdech i odwróciłam się, by po chwili usiąść na łóżku i spuścić głowę. Nasza rozmowa śniła mi się w najgorszych koszmarach. Tych, w których go traciłam. Chłopak kucnął tuż przede mną, opierając dłonie na moich kolanach.
- Nienawidzisz mnie? – zapytałam szeptem, nadal nie patrząc mu w oczy. Kiwnął głową przecząca.
- Och, Lu… Oczywiście, że nie. Jest mi po prostu cholernie przykro z powodu tego, co się stało. Tego wszystkiego.
- Więc mnie nienawidzisz… - mruknęłam ponownie. Kiedyś nie pozwoliłabym sobie na podobną reakcję. Nie obchodziło mnie, czy ktoś mnie lubi czy nie lubi. Byłam świadoma osób, które mnie uwielbiają i będą uwielbiać i tylko na tym mi zależało. Teraz fakt, że Tomas mnie nienawidzi jest jak cios prosto w serce. Nożem, którego nie da się wyciągnąć.
- Nie, nie mów tak. Ludmiła, jak mogę cię nienawidzić, jeśli cię kocham? – zadał pytanie, na które nie potrzebowało odpowiedzi, było odpowiedzią samą w sobie. Splótł nasze lewe dłonie i nachylił się, by złożyć pocałunek na każdym palcu prawej.
- To… to znaczy, że dasz mi szansę? – spochmurniał na te słowa. Wiedziałam, że jest coś, o czym nie wiem.
- Posłuchaj, kiedy wróciłem… Ja…
- Tomas?
- Wróciłem do Violetty.


Violetta

            Po wizycie Leona czułam się jeszcze bardziej zagubiona, niż byłam wcześniej. Jestem na niego tak bardzo wściekła. Nienawidzę tego, że mógł po prostu wejść do mojego pokoju, powiedzieć, że mnie kocha, a potem jak gdyby nigdy nic mnie całować… Mógł mną manipulować i robić ze mną wszystko to, co chciał. Byłam taka naiwna, kiedy się w nim zakochałam, a teraz jest już za późno by to odwrócić. Smutek, żal i rozpacz niszczą mnie od środka. Uczucia do Tomasa, które nawet w połowie nie wypełnia mojego serca, z pewnością nie mogę nazwać miłością. Ale nie mogę też wrócić do Leona. To mnie zniszczy. Dopóki jest daleko, mogę z tym walczyć, ale gdy się zbliża, tracę siły. Tracę zdolność do racjonalnego myślenia, decydowania o własnym życiu, oddychania. A kiedy myślę, że to już koniec i nie wróci, pojawia się znów i mąci w moim świecie. Nadal czułam jego miękkie wargi na swoich ustach i karciłam się w myślach za to, że chciałabym żeby tak było już zawsze. Nikt wcześniej ani nikt później nie całował mnie tak, jak Leon. Nikomu nie pozwalałam się tak całować. Jak ja mam zmienić swoje życie, jeśli cały czas o nim myślę? Nie mogę budować związku z Tomasem, gdy Leon nie opuszcza mojej głowy, ale muszę o nim zapomnieć. Moje życie nigdy nie było proste, ale teraz… błędne koło, labirynt bez wyjścia.
            Kończyłam opisywać dzisiejszy dzień w pamiętniku. Jak zwykle, ostatnim punktem wpisu była krótka wiadomość do mamy. Tak bardzo chciałabym żeby tu była. Jej mogłabym powiedzieć wszystko. Nie tylko o tym, co się dzieje w szkole, na lekcjach, ale również o moich skomplikowanych relacjach z Leonem, Tomasem… O tym, o czym nie mogę opowiedzieć tacie, ani nawet Angie, która przez ostatnie trzy lata była dla mnie niczym matka. Oddałabym wszystko żeby tylko dostać jakąkolwiek wskazówkę dotyczącą tego, co mam dalej robić. Co wieczór patrzyłam w sufit i marzyłam o odpowiedzi, śnie o mamie, czy jakiejś wiadomości. Nie wiem dlaczego, ale czułam, że tylko ona będzie naprawdę potrafiła mi pomóc.

- Violetto, zejdź na dół! – usłyszałam głos mojego ojca. Zaskoczona spojrzałam na zegarek, było już zdecydowanie za późno na rozmowy ojca z córką. Rozmyślając nad powodem prośby taty wstałam, założyłam gruby, kaszmirowy sweter i zbiegłam po schodach. Zatrzymałam się na ostatnim stopniu, nie mogąc uwierzyć w to, co właśnie widziałam. Mój ojciec stał tuż obok otwartych drzwi, dwóch czarnych walizek i średniego wzrostu chłopaka w koszulce w paski. Kolejnymi charakterystycznymi znakami były wysoko postawiona grzywka i szeroki uśmiech.

- Federico!

Maxi

            Praca w studiu stawała się coraz bardziej męcząca. Zwłaszcza odkąd Francesca wzięła urlop, by poukładać swoje sprawy, a Camila pojawiała się w szkole przy okazji wielkiego święta. Na dodatek Angie miała urodzić za dwa tygodnie, więc cały czas spędzała w domu na kanapie. Dopiero teraz zacząłem doceniać pracę osób, które zajmują się robotą papierkową. Do tej pory byłem zajęty tylko tańcem, a teraz mam wrażenie, że całe studio jest na mojej głowie. Jedyną osobą, która naprawdę mi pomaga, jest Natalia. Naprawdę nie wiem, co bym bez niej zrobił. Jedno jest pewne, nie zasługuję na taką wspaniałą dziewczynę jak ona.
            Usiadłem przy biurku, by przejrzeć wszystkie umowy oraz listy, jakie przyszły na adres szkoły. Wszystkie koperty były duże i poszarzały, tylko jedna z nich wyróżniała się błękitem. Sięgnąłem po nią i ostrożnie otworzyłem, by nie zniszczyć zawartości. W środku było zaproszenie na ślub Luci i Carmen, dla mnie i Naty. Zachichotałem w duchu. Nadal nie mogłem uwierzyć, że brat Francesci się żeni. Dla mnie zawsze pozostanie wiecznym dzieciakiem, który próbował się wkręcić w każdy nasz występ. Z drugiej strony, cieszę się jego szczęściem.
            Poczułem dotyk delikatnych dłoni na karku, a po chwili ktoś zakrył mi oczy. Nie musiałem się odwracać, doskonale wiedziałem kto to i bardzo mnie cieszył ten fakt. Spędziłem w studiu już cztery godziny i naprawdę brakowało mi towarzystwa przyjaciół. Nowi nauczyciele, przyjęci na okres próbny w zastępstwie za Fran i Cami to nie było to samo, a Viola wciąż jeszcze oficjalnie nie przyjęła mojej propozycji. Naty podała mi kawę stojącą na biurku i usiadła na drugim krześle. Pokazałem jej zaproszenia, które otrzymaliśmy, oczywiście bardzo się ucieszyła i już zaczęła planować, jaką kupi sukienkę. Nigdy nie zrozumiem kobiet…

- Całe szczęście, że już jesteś. Jak tak dalej pójdzie to nie damy rady…
- Oczywiście, że damy. – mruknęła entuzjastycznie. – W końcu mamy siebie, nie?
- Tak. – uśmiechnąłem się na jej słowa. – To najważniejsze. – sięgnąłem po kubek, ale nie pozwoliła mi wziąć kolejnego łyka napoju.
- Panie dyrektorze, uczniowie czekają! – zachichotała, a ja pokręciłem głową i uśmiechnąłem się pod nosem. Podałem jej rękę i razem ruszyliśmy w stronę dużej Sali.










Mamy chwile Leonetty, chwile Tomiły, powrót Federico i sielankowe życie Naxi :)
Uff, zdążyłam.
Mam nadzieję, że się podoba.
Do jutra!

* Kto wie skąd cytat? 

PS Wciąż proszę o komentarze pod tym i poprzednim rozdziałem. Naprawdę, wystarczy mi tylko mała kropka :)


xx